Autor: Aleksandra Podgórska

2016-10-07, Aktualizacja: 2016-10-11 13:19 źródło: Naszemiasto.pl

Maja Włoszczowska: Przegrywasz, kiedy się poddajesz

Majka rozpoczął, Majka skończyła. Na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro pierwszy medal dla Polski zdobył kolarz szosowy Rafał Majka. Ostatni krążek dla naszego kraju wywalczyła z kolei kolarka górska - Maja Włoszczowska. To już jej drugi medal olimpijski. - Był pewien niedosyt, bo złoto było blisko, ale nie miałam sobie nic do zarzucenia. Nie byłam w stanie wskazać niczego, co mogłam zrobić lepiej. Pojechałam najlepiej, jak umiałam - mówi nasza srebrna medalistka.

Maja Włoszczowska - polska kolarka górska. Urodziła się w Warszawie, karierę rozpoczynała w Karpaczu, a obecnie mieszka w Jeleniej Górze. Dwukrotnie zdobywała na igrzyskach olimpijskich srebrny medal (2008 i 2016). Jest też złotą medalistką mistrzostw świata w wyścigu elity MTB oraz w maratonie MTB (dyscyplina kolarstwa górskiego). Skończyła studia z matematyki finansowej i ubezpieczeniowej we Wrocławiu.

Sezon się już dla Pani właściwie zakończył w połowie września. Jak Pani odpoczywa? Czy można mówić o całkowitym odpoczynku od roweru, czy on jest z Panią zawsze?

Nie do końca w połowie września, bo w niedzielę, 25 września, ścigałam się jeszcze w Turcji na trasie przyszłorocznych mistrzostw Europy i to był mój ostatni start. Natomiast to rzeczywiście było ponadprogramowo, bo według planu ściganie miałam skończyć już na moich zawodach w Jeleniej Górze. Prawdę mówiąc, marzę o takim odpoczynku, żeby po prostu polecieć gdzieś w ciepłe miejsce, wygrzać się na słońcu i nic nie robić.

Na zgrupowaniach mam czas, żeby wypocząć. I choć jestem w ciągu dnia zmęczona, dbam o to, aby wygospodarować czas na regenerację. Natomiast okres od igrzysk w Rio był bardzo napięty, cały czas się ścigałam, w międzyczasie uczestniczyłam w różnych wydarzeniach, które są pewnymi zobowiązaniami i zawsze odbywają się we wrześniu, bo w trakcie sezonu nie ma na nie czasu. Na wakacje najpewniej wyjadę w listopadzie, który jest idealnym miesiącem na urlop, bo w Polsce akurat wtedy jest brzydka pogoda.


© ANDRZEJ SZKOCKI/ POLSKA PRESS

Igrzyska w Rio

Zdarzają się w trakcie sezonu chwile zwątpienia, kiedy myśli Pani: „Mam dość”?

Bywa tak, że zmęczenie nas dopada, to oczywiste. W tym roku byłam zmęczona na początku sezonu. Szykowałam się do mistrzostw Europy i pierwszych Pucharów Świata. Przed mistrzostwami się rozchorowałam, potem w Pucharze Świata w Albstadt upadłam i trochę mi opadły skrzydła. Tydzień później udało mi się zająć 5. miejsce w Pucharze Świata w La Bresse, więc z powrotem wrócił optymizm. W okolicach mistrzostw świata też miałam trudniejszy moment, bo przygotowywałam się w domu, a miałam kilka nieszczęśliwych, rodzinnych wydarzeń. To był trudny czas, aby się skoncentrować i skupić na treningu. Wtedy faktycznie miałam takie myśli, że może byłoby dobrze, gdyby ten sezon już się skończył.

Potem skrzydeł dodało mi zgrupowanie w Kolumbii. Mieliśmy święty spokój, telefonów nie odbieraliśmy, bo nie wyświetlały się numery, pogoda też była super. Poznaliśmy cudownych ludzi, skosztowaliśmy pysznego jedzenia i to też dało świetny efekt i jeszcze bardziej nakręciło mnie na rower.

Skąd pomysł, żeby pojechać właśnie tam?

Rok temu jeździłam palcem po mapie, szukając miejsca w Ameryce Południowej, w którym można by było trenować na wysokości. Mam sprawdzony system, który dobrze działa na mój organizm, żeby przed zawodami trenować na wysokościach. Nie do końca przemawiało do mnie trenowanie w Europie, potem długa podróż do Brazylii, zmiana czasu, zmiana klimatu i start w Rio. Zastanawiałam się też nad Peru, Kolumbią i Meksykiem. Na Pucharze Świata spotkałam Kolumbijczyka, Marcelo Gutierreza, który jeździ w downhillu. Powiedział mi, że w Kolumbii są genialne tereny, genialna pogoda i na pewno będę zadowolona, więc szybko mnie przekonał. Jeżeli chodzi o podróż do Rio, to wcale nie było tak dobrze, jak myśleliśmy. Połączenia lotnicze są takie sobie i podróż i tak była długa, ale nie było przynajmniej aż takiej różnicy czasowej, bo tylko dwie godziny.


© ANDRZEJ SZKOCKI/ POLSKA PRESS

Igrzyska w Rio

Jakie były Pani wrażenia, kiedy już Pani dotarła do Kolumbii i spędziła tam trochę czasu?

Okazało się, że to super miejsce. Nowe, więc podchodziłam do treningów ze świeżością. Nie było to nudne i monotonne, bo codziennie trzeba było szukać nowych tras. Poznałam wielu ludzi jeżdżących na rowerach – szosowych, górskich i downhillowych – i oni też mi pomagali. To była fajna, pozytywna przygoda, która naładowała nas endorfinami.

Najpierw rok temu wysłałam tam na rozeznanie mojego trenera i mechanika, a potem pojechaliśmy wszyscy w lutym na długie zgrupowanie. Zwykle staram się mieszkać wysoko, a trenować nisko. Tam nie było takiej możliwości, trenować musiałam na wysokości 2000 m n.p.m., więc trzeba było to wcześniej sprawdzić. Okazało się, że był to bardzo dobry pomysł. Później (w marcu – przyp. red.) miałam start kontrolny w Brazylii, żeby się sprawdzić i wszystko poszło zgodnie z planem, więc postanowiliśmy ten schemat powtórzyć również tuż przed igrzyskami.

Czyli Kolumbia okazała się strzałem w dziesiątkę.

Oj tak! Rewelacja, naprawdę.

Podobno wcześniej obejrzała Pani serial „Narcos”, opowiadający o Pablo Escobarze, słynnym baronie narkotykowym z Kolmubii. Była okazja, żeby porozmawiać o nim z mieszkańcami i choć trochę skonfrontować serial z rzeczywistością?

Oglądaliśmy ten serial, jak byliśmy w lutym w Kolumbii. Nasz gospodarz, znajomy Marcelo, o którym wspominałam, powiedział nam, że jest taki serial, bo wcześniej o nim nie słyszeliśmy. Bardzo nas wciągnął i tym ciekawiej się go oglądało, gdy mieszkało się w pobliżu, bo byliśmy tylko pół godziny drogi od Medellín, czyli miasta Escobara.

Rzeczywiście, serial wstrząsający, ale teraz w Kolumbii nie ma już żadnych śladów po wojnach gangów narkotykowych. Jest bardzo spokojnie i bezpiecznie. Wszyscy powtarzają, że to już stare dzieje i nie żyją wspomnieniami. Jedynie ojciec zawodnika, z którym dużo trenowałam, mówił mi, że faktycznie 20 lat temu wszyscy zamykali się w domach i nie wychodzili, bo na ulicach było bardzo niebezpiecznie. Raz przypadkiem jechaliśmy rowerami obok La Catedral (więzienie Escobara – przyp. red.), które teraz jest przerobione na dom opieki. Śladów po wojnach gangów narkotykowych już tam nie ma.





Chciałaby Pani jeszcze wrócić do Ameryki Południowej? Może do jakiegoś innego kraju?

Bardzo! Peru, Chile, Argentyna – tam jeszcze mnie nie było i bardzo bym chciała pojechać. Wszystko przede mną! W tym roku dwa pobyty w Brazylii i Kolumbii już mi wystarczą. Na wakacje pewnie pojadę gdzieś w przeciwnym kierunku.

W roku przedolimpijskim zmieniła Pani barwy i zaczęła jeździć w zespole Kross Racing Team. Wcześniej jeździła Pani w zagranicznej ekipie. Jak czuje się Pani po prawie dwóch latach spędzonych w polskiej?

To był strzał w dziesiątkę, tak samo jak Kolumbia. Zanim przyszłam do ekipy, była pół-zawodowa i pół-amatorska, a dzięki mojemu transferowi i szwajcarskiemu zawodnikowi Fabianowi Gigerowi team się naprawdę przeobraził. W tej chwili jest jedną z najlepiej postrzeganych drużyn na świecie. Kross faktycznie docenia to, że dajemy im feedback, testując rowery i że mogą nas wykorzystać do promocji swojej marki, a jednocześnie ja mogę promować nasz kraj za granicą i pokazać, że potrafimy dokonać świetnych rzeczy. Nasz menadżer staje na wysokości zadania, wszystko jest dopięte na ostatni guzik i działa sprawnie. Dzięki temu, że to polska ekipa, mogłam przyprowadzić swój sztab, więc miałam przy sobie cały czas tych samych ludzi, z którymi pracowałam w kadrze narodowej, co bardzo pomagało mi w przygotowaniach do startów. Miałam zachowaną ciągłość i dobrze na tym wyszłam.

Czy podejmując decyzję o przejściu do tej drużyny, myślała już Pani o igrzyskach w Rio?

Zależało mi na tym, żeby zagwarantować sobie spokojne dwa lata przygotowań do Rio, abym nie musiała ponownie rok później szukać drużyny. Podejmowanie trudnych decyzji zawsze wyciąga z człowieka energię. Wcześniej jeździła w ekipie Ania Szafraniec, więc najpierw z nią skonsultowałam, czy to dobry krok.
Oczywiście, że jazda w zespołach zagranicznych daje bardzo dużo i jest prestiżowa, ale często te teamy wymagają od zawodnika zbędnych podróży, które są potrzebne tylko do celów marketingowych. W Krossie mieliśmy wszyscy wspólny cel, czyli walkę o igrzyska i wszystko było pod to podporządkowane. Ekipa dała nam dużą swobodę w układaniu kalendarza tak, jak nam pasuje, a nie jak wymagają tego działania PR-owe.


© Andrzej Szkocki



W Rio organizatorzy przygotowali sztuczną trasę. Lepiej czuje się Pani na sztucznych czy naturalnych terenach?

Nie ma dla mnie znaczenia. Jasne, że naturalne trasy dają więcej radości i wyzwań, ale sztuczne są szybsze, bo ścieżki są równe i mocno ubite. I to też jest fajne. Było kilka zjazdów, które były dobrze wyprofilowane i bardzo dobrze się na tej trasie jeździło, zwłaszcza na treningach. Wiadomo, że na zawodach, kiedy jedzie się na maksimum możliwości, plan zaczyna się gdzieś gubić, kiedy rower zaczyna prowadzić nas, a nie my rower (śmiech). Natomiast nadal miałam dużą frajdę na zawodach, zwłaszcza podczas zjazdów. Wiadomo, że igrzyska są nastawione na zrobienie widowiska i kiedy się buduje taką trasę od podstaw, łatwiej jest zaplanować ją tak, aby była dobrze widoczna i atrakcyjna dla kibiców. Uważam, że Brytyjczycy, którzy ją przygotowali, wykonali naprawdę świetną robotę.

Kiedy przejechała Pani tę trasę podczas testów, wiedziała Pani, że będzie dobrze? Trasa czymś Panią zaskoczyła?

Byliśmy tam na rekonesansie już rok temu w październiku. Niczym mnie nie zaskoczyła, ale od początku mi się podobała i dobrze się na niej czułam – i na odcinkach technicznych, i na podjazdach. Podjazdy nie były bardzo strome, więc można je było podjeżdżać w wysokiej kadencji (rytmie), a to bardzo lubię, choć były też oczywiście wymagające. Dwa krótsze, jeden dłuższy, jeden bardzo długi. Trochę dawały w kość. Mimo to, trasa była przyjemna do jazdy, chociaż historia moich startów pokazuje, że wcale na tego typu trasach nie byłam najlepsza, tylko właśnie na dłuższych i bardziej stromych podjazdach. Prawda jest jednak taka, że na przestrzeni ostatnich lat mocno zmieniłam moje treningi i styl jazdy.


© Szymon Starnawski



Chciałabym też zapytać o przykrą sytuację z paraolimpiady. Podczas zjazdu jeden z irańskich kolarzy szosowych upadł, uderzył głową o kamień i zmarł. Bodajże w tym samym miejscu wcześniej, podczas igrzysk, upadła też Annemiek van Vleuten, a kraksę mieli Vincenzo Nibali i Sergio Henao. Myśli Pani, że to nieszczęśliwy zbieg okoliczności, czy jednak organizatorzy też ponoszą część winy za te wypadki?

Panowie upadli bodajże w innym miejscu niż Annemiek. Oni jechali po złoto i pewnie na dużym ryzyku, byli na granicy, być może trochę przesadzili. Ja wcześniej miałam okazję jechać tamtędy i jeśli robiło się to bezpiecznie i miało nad wszystkim kontrolę, nie dochodziło do niebezpiecznych sytuacji.

W przypadku Annemiek problemem była pogoda, ponieważ w trakcie wyścigu kobiet padało i było ślisko, więc ewidentnie podcięło jej koło. Krawężniki faktycznie były wysokie i niebezpieczne, natomiast nie wiem, czy dałoby się je w ogóle w jakiś sposób zabezpieczyć. To są szosy. I kiedy oglądamy Tour de France czy Giro d’Italia, to widzimy, że tam jest dużo niebezpiecznych zjazdów i zakrętów. Jeden zły ruch i można spaść w przepaść. Kolarze w Rio mieli okazję wcześniej pokonać tę trasę, zapoznać się z nią, wiec nie wydaje mi się, żeby można było szukać tutaj niedopatrzeń ze strony organizatorów. Po prostu trudny zjazd, a wiadomo, że kiedy walczy się o medale, jesteśmy bardziej skłonni do ryzyka. Będąc zmęczonym, też łatwiej o wypadki.


© Gazeta Wrocławska

Na balu z okazji plebiscytu "Gazety Wrocławskiej" na najlepszego sportowca Dolnego Śląska

Wróćmy do Pani dyscypliny. W którym momencie olimpijskiego wyścigu poczuła Pani, że Jenny Rissveds jest jednak nie do pokonania?

Przez pierwsze dwie rundy czułam się znakomicie i wydawało mi się, że jestem najmocniejsza. Potem podczas trzeciej i czwartej miałam lekki kryzys i obawiałam się, że będę miała problem utrzymać Jenny Rissveds i Jolandę Neff, która była wtedy z nami. Trochę na takiej gumie za nimi jechałam, raz je doganiałam, raz zostawałam z tyłu, ale chciałam też się oderwać od dziewczyn, które jechały za mną i goniły, wiec za wszelką cenę starałam się utrzymać w czołówce. Bo zawsze łatwiej jedzie się w towarzystwie, łatwiej zmusić się do wysiłku ponad granice bólu. Później Jolanda trochę osłabła, ja złapałam wiatr w żagle i próbowałam utrzymać tempo Jenny, ale było bardzo ciężko. Wtedy wiedziałam, że ona jest mocniejsza. Chciałam wykorzystać to, że z nią jadę, żeby wypracować jak największą przewagę nad resztą. Na piątej rundzie odżyłam i chciałam jeszcze zaatakować na ostatnim okrążeniu i powalczyć o złoto, ale Jenny zrobiła to szybciej, a ja nie miałam wątpliwości, że to nie jest tempo, które jestem w stanie utrzymać.

Niektórzy sportowcy mówią, że srebra się nie wygrywa, tylko przegrywa złoto. Pani chyba tak nie pomyślała po tym wyścigu? Wyglądała Pani na naprawdę szczęśliwą

Ja tak nie myślę.
Jasne, że był pewien niedosyt, bo złoto było blisko, ale nie miałam sobie nic do zarzucenia. Nie byłam w stanie wskazać niczego, co mogłam zrobić lepiej. Pojechałam najlepiej, jak umiałam. Szwedka była mocniejsza i trzeba to zaakceptować. Uważam, że przegrywa się tylko wtedy, kiedy się poddaje, kiedy nie da się z siebie wszystkiego.
Jeżeli sportowiec pojedzie na miarę swoich możliwości, to zawsze wygrywa. Tyle, na ile mu wystarczy sił, tyle ugra i da radę zdobyć. Jeżeli sam się nie podda, to w mojej ocenie zawsze jest zwycięzcą.





Kilku sportowców, m. in. doskonała tenisistka Simona Halep, zrezygnowało z wyjazdu do Brazylii z powodu obaw przed wirusem zika. Spotkało się to z negatywną reakcją części kibiców. Co Pani o tym myśli?

Jeżeli chodzi o tenisistów i piłkarzy, to oni trochę inaczej traktują igrzyska, dla nich to nie jest najważniejsza impreza w sezonie. Mogła to więc być po prostu wymówka, ale nie chcę oceniać nikogo konkretnie.
Ja byłam rok wcześniej na rekonesansie w Brazylii, potem w lutym w Brazylii i Kolumbii, i nie widziałam takiego zagrożenia, natomiast jestem w stanie zrozumieć, że ktoś się może obawiać. Sama po powrocie z Malezji miałam problemy zdrowotne. Słyszałam też o innych, którzy zmagali się z poważnymi komplikacjami, więc rozumiem, że ktoś mógł zrezygnować z wyjazdu z tego powodu.

Nie zapytam o Igrzyska Olimpijskie w Tokio, bo wiem, że odpowiadała Pani na to pytanie już wiele razy. Zapytam więc, czy ma Pani już jakiś pomysł na siebie po zakończeniu kariery? Może w firmie odzieżowej Pani mamy?

Zakończenia kariery na razie nie planuję. Ile pojeżdżę? Nie wiem. Na pewno chcę jeszcze starować w przyszłym sezonie. Faktem jest, że jeżdżę już 18 lat i mój organizm zaczyna to odczuwać.
Mam ochotę pojeździć jeszcze rok na takim większym, psychicznym luzie. Bez spinania się, że mam przed sobą ważne mistrzostwa świata albo igrzyska. Zrobiłam w swojej karierze, co mogłam i teraz chcę się tym cieszyć. A co potem, to zobaczymy. Mam kilka pomysłów i będę je po kolei realizować, w zależności od tego, na co akurat będę miała ochotę. W Queście (firma produkująca odzież sportową, prowadzona przez panią Ewę Włoszczowską – przyp. red.) cały czas się trochę udzielam, ale to jest całkowicie pole mojej mamy i mojego brata. Ona by mnie oczywiście chętnie widziała w firmie, natomiast ja widzę, jak wiele wysiłku to wymaga. A jestem przyzwyczajona, mimo wszystko, do dość wygodnego życia (śmiech).

Owszem, ciężko trenuję, ale to jest moja pasja i przyjemność. Z pewnością firma jest pasją mojej mamy, ale nie wiem, czy byłaby moją. To duża odpowiedzialność, bo zatrudniamy ponad 100 osób i co miesiąc trzeba im zapewnić wynagrodzenie i zadbać o płynność produkcji, a to jest bardzo skomplikowane. Mam jednak kilka wariantów na przyszłość, a co wprowadzę w życie – zobaczymy. Na pewno muszę pozostać w jakimś aktywnym zawodzie, bo nie wyobrażam sobie, żeby usiąść za biurkiem i nigdzie nie podróżować. Jestem zbyt przyzwyczajona do ruchu.

Te pomysły są w jakiś sposób związane ze sportem?

Na pewno nie z profesjonalnym. Nie myślę o żadnej trenerce ani o prowadzeniu grupy. Jeśli już, to prędzej zaangażowałabym się w sport amatorski.

Rozmawiała Aleksandra Podgórska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: ANDRZEJ SZKOCKI/ POLSKA PRESS

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Ewa (gość)

Pani Majko,
Wielkie GRATULACJE i podziw, również za hasło "Przegrywasz, kiedy się poddajesz" i udział w "Jaka to piosenka"