Autor: Sandra Gozdur

2016-09-09, Aktualizacja: 2016-09-09 10:16

Mama SOS: Dostałam dzieci w prezencie pod choinkę

Jak wygląda życie mamy w Wiosce SOS? Czy trudno jest odzyskać u dzieci wiarę w ludzi? Dlaczego dla niektórych podopiecznych smakiem dzieciństwa jest "Tyrolska" z Biedronki? Dwie mamy - Wiola i Małgosia z siedleckiej Wioski SOS - opowiedziały nam swoje historie.

- Najważniejsze jest to, żeby dla każdego dziecka znaleźć czas, nawet jeśli to będzie pięć minut, ale żeby to były chwile tylko dla niego – mówi Wiola Lewandowska, jedna z mam SOS, która opiekuje się dziećmi w Wiosce w Siedlcach.

Trzeba się tylko zastanowić, czy można znaleźć tę chwilę, jeśli na głowie jest opieka nad sześciorgiem czy siedmiorgiem dzieci, zajmowanie się domem, gotowanie, prasowanie, sprzątanie, robienie zakupów… Wiola powtarza, że chcieć to móc i jest tego idealnym przykładem. Jeszcze sześć lat temu pracowała w domu pomocy społecznej, gdzie zajmowała się upośledzonymi dziećmi. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy kolega z pracy przyniósł jej ulotkę o Wioskach SOS.


© materiały prasowe

Wiola z dziećmi.

- Była szara z mapą Polski, 4 punkty, 4 umiejscowione na mapie wioski, do tej pory pamiętam, jak wyglądała – przyznaje Wiola. Zabrała ulotkę do domu i zaczęła zagłębiać się w temat Wiosek SOS. Po rozmowie ze swoją biologiczną córką, Wiktorią, która miała wtedy 13 lat, podjęły decyzję, że chcą spróbować. Wiola wybrała Wioskę w Siedlcach, ponieważ jest blisko Warszawy. Kolejnym krokiem był proces rekrutacyjny. Najpierw rozmowy z psychologiem, testy, badania kontrolne, później trzymiesięczny staż. Po ukończeniu wszystkiego, 1 grudnia 2011 r. oficjalnie została wychowawcą.

– Dostałam dzieci w prezencie pod choinkę - mówi ze śmiechem Wiola. - Pierwsze rodzeństwo przyszło 16 grudnia, tuż przed świętami, drugie 21 grudnia, rok później.


To już pięć lat, od kiedy jej życie zmieniło się o 180 stopni. Trzeba było zrezygnować z pracy zawodowej, zostawić dom, przenieść się do innego miasta. Teraz pod opieką ma dwa rodzeństwa i biologiczną córkę, łączenie zajmuje się ośmiorgiem dzieci. Dla niektórych brzmi to abstrakcyjnie - trójka to już wyzwanie, a jak tu sobie radzić z taką gromadką?!


© materiały prasowe



Najmłodszym podopiecznym Wioli jest Mateuszek, który trafił do Wioski SOS jako dwulatek z trójką braci: Markiem, Łukaszem i Dominikiem, zwanym "Domasem". Obecnie mają od 7 do 11 lat. Drugie rodzeństwo w rodzinie Wioli to Dominik – "Chudy", Nikola i Brajan (są w wieku od 9 do 12 lat).

Pięć wywiadówek jednego dnia

Życie mamy SOS niczym nie różni się od codzienności „normalnej” matki. – Jak jest rok szkolny, to zazwyczaj wstaję o szóstej rano, robię śniadanie, sprawdzam, które dzieci muszę już obudzić, a które mogą jeszcze pospać. Najważniejsze, żeby dopilnować, czy zimą wszyscy mają czapki, rękawiczki i czy na pewno wzięli ze sobą kanapki do szkoły – opowiada Wiola. - Sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy trzeba iść na wywiadówkę, zdarza się, że mam nawet pięć jednego dnia.

Dzieci, które trafiają do Wiosek SOS, z pozoru niczym nie różnią się od swoich rówieśników. Z pozoru… Bo różnią się przeszłością. Większość z nich pochodzi z rodzin patologicznych. – Dla niektórych normalność wyglądała inaczej niż u nas. Przeciętna osoba nie widzi niczego dziwnego w umyciu rąk po wyjściu z toalety. Dla nich to było coś nowego, coś, czego musieli się nauczyć – opowiada mama SOS. -
Dla tych dzieci smakiem dzieciństwa jest np. "Tyrolska" z Biedronki, która była w ich domu czymś wyjątkowym. Żeby zjeść szynkę, musieli ją najpierw przemycić, zdarzało się też, że starsi kradli bułki, by nakarmić rodzeństwo - dodaje.



© materiały prasowe


Pomimo traumatycznych przeżyć z przeszłości, jakie biologiczni rodzice zgotowali swoim dzieciom, Wiola stara się z nimi współpracować. Uważa, że każdy powinien wiedzieć, skąd pochodzi, jakie są jego korzenie. – Pilnuję tego. Jeśli rodzice otrzymują od sądu urlopowanie, to rano zawożę do nich dzieci, wieczorem odbieram, ale nigdy nie mówię, o której to będzie godzinie, więc muszą się pilnować. Drugie rodzeństwo z mojej rodziny ma kontakt tylko z ojcem. Dzieci wiedzą, jak ich mama ma na imię, ale nie utrzymują z nią kontaktu – opowiada Wiola.

"Ciocia jest moją mamą!"

Zapanowanie nad ośmioosobową gromadką jest możliwe, jeżeli w domu panują odpowiednie zasady. Dzieci wiedzą, że u cioci Wioli nie ma zmiłuj. Trzeba się uczyć, odrabiać prace domowe i wzajemnie sobie pomagać. Doświadczenie nauczyło ją, że niczego nie wolno wymagać, wszystko najpierw trzeba pokazać, wyjaśnić. Nawet rzeczy, które na pozór wydają się łatwe. Ważny jest też dobór słów. – „Leć do sklepu na jednej nodze.” Te dzieci mogłyby to wziąć dosłownie i faktycznie przez całą drogę do sklepu skakać na tej nodze… - tłumaczy ciocia Wiola. - Trzeba uważać i pilnować się każdym kroku.

– Pewnego razu Mateuszek przyszedł do mnie i powiedział, że jestem jego mamą. Starałam się delikatnie wyjaśnić mu, że jego mamą jest Anna a nie ja - wspomina Wiola. - Mateusz dalej się upierał, że to ja go urodziłam. Oczywiście powiedziałam, że to nieprawda, ale dodałam, że kocham go i jest dla mnie bardzo ważny. "Skoro tak, to od dzisiaj ty będziesz Anną" - odpowiedział. Takie sytuacje wzruszają mnie najbardziej - przyznaje.

Mama SOS to osoba, która powinna być wzorem do naśladowania. Wiola jest świadoma, że z tym, co przekaże swoim dzieciom, wyruszą później w świat, w dorosłe życie. Uwielbia swoją pracę i powtarza, że dzieci ją mobilizują i dodają energii. – Nie czuję się jakoś wyjątkowo, jestem najzwyklejszą osobą pod słońcem, ale raduje mi się serce, kiedy słyszę od dzieci, że fajnie jest mieć taką ciocię jak ja - mówi. -
Nie mogę się doczekać momentu, kiedy będą już pełnoletnie i będę dumna, że poradzili sobie w życiu, że im się udało - dodaje Wiola.



© materiały prasowe

Małgorzata Błażewicz z dziećmi.

Mama jest na cmentarzu

Małgorzata Błażewicz, również mama SOS z Wioski w Siedlcach, jest z zawodu nauczycielem wychowania przedszkolnego i przez dziesięć lat pracowała w szkole. Stwierdzono u niej chorobę zawodową, która skutkowała zwolnieniem z pracy. Zastanawiała się, co zrobić ze swoim życiem. Była za młoda, żeby iść na rentę. Po namowach innych osób postanowiła spróbować swoich sił w Wiosce SOS. W 1996 roku rozpoczęła kurs w Kraśniku. Musiała go jednak przerwać, bo jej mama miała wypadek i wymagała opieki. Małgorzata zostawiła jednak w Wiosce swoje dane i poprosiła o kontakt w przypadku kolejnej rekrutacji. Otrzymała zaproszenie dwa lata później i tak rozpoczęła się jej przygoda z Wioskami SOS, która trwa już 11 lat.

Najpierw została asystentką, która pomaga mamie SOS i zastępuje podczas urlopu. Pierwotnie założyła sobie, że będzie nią tylko przez rok, ale zrobiło się z tego… siedem lat. W 2005 roku podjęła decyzję, że chce zostać mamą SOS, a wkrótce potem miała już pierwsze dzieci pod opieką.

Na początku zajmowała się trójką dzieci: Wiktorią, Szymonem i Danielem. Rok później przyjęła Roberta, Hanię i Jaśka. Przedział wiekowy wahał się od 1,5 roku do 8 lat. Nikola, która przyszła do rodziny Małgorzaty 2,5 roku temu, ma obecnie 10 lat.

– Bardzo możliwe, że niedługo rodzina nam się powiększy. Czuję się na siłach, żeby przyjąć jeszcze jakieś młodsze rodzeństwo. Może w grudniu się uda – mówi Małgosia. Dzieci chodzą do publicznej szkoły, chętnie pomagają w pracach domowych, gotują, sprzątają, zmywają. Mają mnóstwo kolegów. Jak mówi ich mama SOS, nikt nie trakutuje ich inaczej z powodu miejsca, w którym mieszkają. Dwójka najstarszych - Jasiek i Hania - przebywa już we Wspólnotach Młodzieżowych (dzieci trafiają tam po ukończeniu 16. roku życia).

- Robert miał trzy lata, kiedy zapytał mnie, gdzie jest jego mama - wspomina Małgorzata. - Zabrałam go wtedy na cmentarz, żeby zrozumiał, gdzie ona przebywa. Teraz odwiedzamy grób systematycznie.

Według Małgorzaty, rozmowa jest najważniejsza i to właśnie na niej opiera się wychowanie dzieci. Niedomówienia nie prowadzą do niczego dobrego. Mimo tak wielu lat przepracowanych w Wiosce SOS, Małgorzata nigdy nie miała chwili zwątpienia. - Zawsze czułam, że podjęłam najlepszą decyzję w swoim życiu - mówi. - Problemy są wszędzie, mniejsze lub większe, ale nie wolno narzekać, najważniejsze jest pozytywne nastawienie.

"Zawdzięczam jej wszystko!"

Na początku miała problemy z Jaśkiem. Chłopiec musiał odzyskać wiarę w ludzi. W dzieciństwie był bity przez ojca, pamiętał także śmierć mamy. Był nieufny i wszystko traktował z dystansem. – Teraz potrafi przybiec do mnie po godz. 21. i wyżalić się ze swoich problemów sercowych. Wie, że zawsze może na mnie liczyć – dodaje Małgorzata.

- Zawdzięczam jej wszystko - mówi o swojej mamie SOS, a raczej cioci, jak ją nazywa, Jasiek Daszkiewicz. Dziś ma 19 lat i od trzech mieszka we Wspólnocie Młodzieżowej SOS. Przyjazd do Wioski nie był dla niego rewolucją. Zanim został podopiecznym w siedleckiej Wiosce, przebywał w pogotowiu opiekuńczo-wychowawczym. – Trafiłem do najlepszej kobiety w Wiosce, do najlepszej mamy SOS - uważa. - Ona włożyła całe serce w moje wychowanie i to od niej dostałem bardzo dużo wskazówek i rad na przyszłość. Cały czas mam je w głowie i pomału staram się je realizować.

Był najstarszy z rodzeństwa, dlatego Małgorzata dużo od niego wymagała. Teraz jest jej za to wdzięczny, bo wierzyła w jego potencjał. Na przykład, kiedy miał problemy z maturą z matematyki i bał się, że nie zda, bo dwa próbne egzaminy napisał poniżej 30%. Nie poddał się jednak. – Zawsze miałem gdzieś w głowie słowa cioci, kiedy mówiła mi: "Jesteś zdolny, dasz radę". Dlatego siedziałam przez kilka miesięcy nad tymi zadaniami z matematyki i w końcu się opłaciło. Zdałem tę maturę z zadowalającym dla mnie wynikiem – opowiada Jasiek.

Tak jak w każdej normalnej rodzinie, nie zawsze było kolorowo. Zdarzały się kłótnie i konflikty, które wśród rodzeństwa są nieuniknione, szczególnie tak licznego. Mimo wszystko Jasiek jest dumny, że był wychowywany przez ciocię Małgosię. - Muszę przyznać, że byłem chyba najbardziej obserwowany przez ciocię – dodaje.

Dziś, mimo że nie mieszka już z Małgorzatą, to o niej nie zapomina. Jak każdy ma swoje prywatne sprawy związane z pracą czy studiami, ale stara się ją odwiedzać, chociaż raz na dwa tygodnie. - To dzięki niej jestem dziś, kim jestem - mówi.


© materiały prasowe

Trzecia od lewej - aktorka Anna Dereszowska, ambasadorka Wiosek SOS

Życie pisze różne scenariusze, ale w przypadku Wioli i Gosi skierowało je do jednego miejsca - Wioski SOS. To, co dla innych wydaje się być nierealne, dla nich jest codziennością. Opieka nad gromadką dzieci nie jest problemem, jeżeli potrafimy się zorganizować - mówią. Mimo wszystko znajdują czas na odpoczynek. Regularnie korzystają z urlopu, żeby móc zregenerować siły i wrócić do Wioski z naładowanymi bateriami. Nie zarabiają tam „kokosów”, bo zarobki mam SOS mieszczą się w przedziale średniej krajowej i zależne są od wielu czynników, m.in. liczby dzieci w domu, ich wieku, a także od stażu pracy mamy.

- Żaden z rodziców SOS nie wykonuje tej pracy dla pieniędzy, dlatego, że te obowiązki i trudności, jakie mamy z dzieciakami, są dużo większe, niż pieniądze, które dostają mamy. Jeżeli ktoś chce przyjść tutaj do pracy dla pieniędzy, to długo nie zostanie - mówi Anna Choszcz-Sendrowska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.


Sandra Gozdur, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl


Wioski Dziecięce SOS

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce to pozarządowa organizacja dobroczynna. Pomaga opuszczonym i osieroconym dzieciom. Działa w 135 krajach, w Polsce jest organizacją pożytku publicznego. Oprócz Wiosek SOS od 1998 roku stowarzyszenie prowadzi także Dom Młodzieży SOS w Lublinie, Wspólnoty Mieszkaniowe SOS dla młodzieży w Kraśniku, Siedlcach i Koszalinie. Więcej informacji na stronie wioskisos.org

Rodzicem SOS może zostać każdy, zarówno osoby samotne, jak i małżeństwa, bez względu na to, czy mają biologiczne dzieci, czy nie. - Nie szukamy mamy idealnej, bo nie ma kogoś takiego jak rodzic idealny – podkreśla aktorka Anna Dereszowska, ambasadorka akcji. Kampania „SOS Szukamy Mamy” ruszyła w maju.

Na początku było średnio trzech kandydatów miesięcznie. Teraz liczba zgłoszeń wzrosła do ponad 200. Należy jednak pamiętać, że nadal tysiące dzieci czeka na rodziców. Jeżeli ktoś ma potrzebę serca i chciałaby się zaopiekować tymi dziećmi, to wystarczy wybrać się do jednej z czterech Wiosek SOS (w Kraśniku, Siedlcach, Karlinie czy Biłgoraju). Następny krok to przejście procesu rekrutacyjnego, który zawiera różne testy, rozmowy z psychologami, pedagogiem, a także szkolenie, zarówno teoretyczne, jak i praktyczne, które przygotowuje do wykonywania zawodu wychowawcy w SOS Wiosce Dziecięcej. Można również sprawdzić swoje siły w tygodniowym wolontariacie. To najlepsza opcja, by przekonać się, czy na pewno jesteśmy gotowi. Taka decyzja to rewolucja w życiu, ale może warto spróbować?

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!