Autor: Karolina Kowalska

2016-09-30, Aktualizacja: 2016-09-30 09:40

Reżyser "Ostatniej rodziny": Chciałem wyjść poza Beksińskich

- Spodobał mi się scenariusz Roberta Bolesto, bo jego patrzenie na losy Beksińskich wychodziło dużo dalej niż kalka: kontrowersyjny malarz i szalony syn. Pochopne ocenianie ich w mediach i na forach internetowych wzbudzało i cały czas wzbudza mój ogromny sprzeciw - mówi Jan P. Matuszyński, reżyser filmu "Ostatnia rodzina", który opowiada o życiu słynnego malarza Zdzisława Beksińskiego i jego bliskich (premiera 30 października). Obraz zdobył główną nagrodę Festiwalu Filmowego w Gdyni. Z Janem. P. Matuszyńskim rozmawialiśmy kilka dni wcześniej.

W jaki sposób Zdzisław Beksiński wkroczył do Twojego życia?

Miałem 10 lat, gdy po raz pierwszy znalazłem się w Muzeum Historycznym w Sanoku. Zaciągnęła mnie tam moja mama, która na miejscu ma znajomych. Powoli zaczynałem się już wtedy orientować w kierunkach w malarstwie, wiedziałem coś o surrealistach. Od tego momentu wpadałem od czasu do czasu na Beksińskiego przy okazji różnych jego wystaw. Kilka lat temu pomyślałem, że to dobry temat na film, przecież fabuła wręcz leży na ulicy. Zacząłem nawet dokumentację, ale idąc za radą jednego z wykładowców katowickiej filmówki: „trzeba mieć kilka projektów naraz, żeby choć jeden z nich wyszedł”, nie przywiązywałem się jakoś specjalnie do tego tematu. Aż do momentu, kiedy dwa lata temu znalazłem na stronie Wikipedii informację o tym, że Robert Bolesto napisał scenariusz o Beksińskich. A, że był on współautorem scenariusza do filmu „Hardkor Disko”, to odezwałem się do operatora mojego dokumentu „Deep Love” i „Hardkor Disko” - Kacpra Fertacza, który jest też operatorem „Ostatniej Rodziny” - żeby nas z Robertem skontaktował. I praca ruszyła.


© Piotr Hukalo /Polska Press

Reżyser z nagrodą festiwalu w Gdyni, z jego lewej strony: Aleksandra Konieczna, Andrzej Seweryn i Dawid Ogrodnik

Nie boisz się rozczarowania fanów Beksińskiego, którzy na ekranie zobaczą zwykłego człowieka, a nie wielkiego artystę?

Nigdy nie chodziło mi o to, żeby nakręcić obraz hagiograficzny. Uważam, że kino nie jest po to, żeby zastępować encyklopedię. I albo ktoś to kupuje, albo nie. Trudno, ja nie chcę inaczej.
Postanowiłem, że wyjdę trochę poza samych Beksińskich, poza obrazy Zdzisława, że zbuduję szerszą historię, bardziej uniwersalną. Tak, by każdy, nawet w dzisiejszych czasach, mógł znaleźć w tym filmie jakieś odniesienie do swoich losów. Wtedy takie kino ma dla mnie sens.


To Twój filmowy debiut i od razu postanowiłeś zmierzyć się z tematem-legendą. Nie ułatwiłeś sobie zadania.

A co ciekawe, największa trudność leżała w okolicznościach zewnętrznych. Mianowicie – w znalezieniu producenta. Ten temat był nieruszony tak długo także dlatego, że nikt nie chciał się za niego zabrać ze względów praktycznych. Tzn. może chcieli, ale się bali, bo na dzień dobry rysowało się dość sporo problemów natury prawnej. Z jednej strony bowiem całej rodziny już nie ma i nie pozostali po niej spadkobiercy w sensie innych członków rodziny, ale są obrazy, do których trzeba mieć prawa, do nagrań, pamiętników, etc.

To wszystko należy do Muzeum Historycznego w Sanoku, całą spuścizną Beksińskich zajmuje się wiele osób, do tego sam Piotr Dmochowski (marszand Beksińskiego - przyp. red.), z nimi wszystkimi trzeba było się porozumieć i dogadać. A to sugerowało sytuację, w której ze względu na liczbę podmiotów z tym tematem związanych, trzeba będzie pójść w stronę filmowej laurki, żeby nikogo nie urazić. Na szczęście poznałem Leszka Bodzaka (producent filmowy - przyp. red.), z którym już od pierwszych minut rozmowy o tym projekcie złapaliśmy 100-procentowe porozumienie i dzięki zaangażowaniu jego i Anety Hickinbotham (która dołączyła do nas niewiele później), to wszystko stało się możliwe.


© mat. pras.

Andrzej Seweryn w roli Beksińskiego

A jak przekonaliście osoby związane z Beksińskim, o których wspomniałeś przed chwilą, do poparcia „Ostatniej Rodziny”?

Zapewniliśmy, m.in. dyrektora Muzeum Historycznego w Sanoku Wiesława Banacha (przeczytaj wywiad: Rodzina Beksińskich nie była przeklęta,), że nie interesuje nas tabloidowe, sensacyjne podejście do tej historii.
Dlatego spodobał mi się scenariusz Roberta, bo jego patrzenie na losy Beksińskich wychodziło dużo dalej niż kalka: kontrowersyjny malarz i szalony syn. Pochopne ocenianie ich w mediach i na forach internetowych wzbudzało i cały czas wzbudza mój ogromny sprzeciw.
Postanowiłem się od tego odciąć, wziąć czystą kartkę i w tym filmie opisać te postacie na nowo, na podstawie wszystkich merytorycznych materiałów, które miałem do dyspozycji i w żadnym wypadku nie kierunkować myślenia widza wokół postawionej przeze mnie tezy.

To daje się odczuć w czasie seansu. Kamera jest niemal transparentna, trudno wyczuć, że ktoś to wcześniej wymyślił i próbuje widza do czegoś przekonać. Jak się udało osiągnąć taki subtelny efekt?

To chyba wynika z mojej filozofii i myślenia o wykonywaniu tej pracy. Idę za radą Kieślowskiego, który powtarzał, że jedynym powodem dla niego, by zrobić film, jest pojawienie się pytania, na które nie znajduje jasnej odpowiedzi. Według mnie robienie filmów właśnie na tym polega: zadajesz pytanie i okazuje się, że sprawa ma wiele aspektów, wiele punktów widzenia. Chodzi o to, żeby film koniec końców wyglądał tak, żeby nie stawać po żadnej ze stron. Odnosząc to do „Ostatniej Rodziny”, to na ekranie widać, że cała trójka tworząca ten rodzinny organizm, to nie są postaci idealne, mają w swojej biografii momenty, które są dyskusyjne. A ja nie chcę się stawiać w roli sędziego, wręcz przeciwnie, wolę żeby widz sam sobie poukładał poruszony przeze mnie temat w głowie. Wtedy mam poczucie, że daję mu coś do przemyślenia, co czyni mój film powodem do dialogu, a nie jest propagandą.


© mat. pras.

Kadr z filmu "Ostatnia rodzina"

„Prawdziwe i empatyczne” - takie przymiotniki przychodzą mi do głowy, gdy myślę o Twoich filmach. „Deep Love” złapał mnie za gardło tak mocno, że ledwo wytrzymałam, by się nie rozpłakać. O to właśnie chodzi?

Wymarzyłem sobie, że zostanę reżyserem, mając 10 lat. I od tego momentu bardzo konsekwentnie do tego dążyłem.
Przez szkołę podstawową i liceum oglądałem bardzo dużą liczbę filmów i to mnie ukształtowało. Wybrałem sobie z nich to, co mnie interesowało i tego się trzymałem. A teraz mam po prostu ogromny szacunek do widza. Nie chcę marnować jego czasu. Tak samo, jak nie chcę marnować swojego czasu na projekty, co do których nie mam 100-procentowego przekonania. Poza tym, zarówno „Deep Love”, jak i „Ostatnia Rodzina”, to były rzeczy bardzo głęboko przemyślane, nie ma w nich nic przypadkowego. To pewnie dało taki efekt, jaki możemy zobaczyć na ekranie.

„Deep Love” to dokument o 50-letnim Januszu, nurku z osiągnięciami, który przechodzi wylew. Mimo zagrożenia życia i zdrowia, marzy, by ponownie zanurkować. Mówisz, że wszystko dokładnie przemyślałeś. To oznacza, że film był inscenizowany?

Pojawiały się takie zarzuty po pierwszych projekcjach. Bo to jest za ładna historia, która się za dobrze opowiada, płynnie, od punktu A do punktu B. A akurat w tym przypadku była to do pewnego stopnia kwestia zwykłego szczęścia. Gdy temat do mnie trafił, to Janusz był przed swoim pierwszym wejściem do wody. Dzięki temu, ten właśnie moment mógł się stać pierwszym nagranym przez nas ujęciem – jego zejście do wody, pierwszy raz po wylewie, a potem cały dalszy ciąg mogliśmy śledzić na bieżąco. Wiedziałem, że moi bohaterowie mają już jakiś zarysowany plan na dalsze kroki i nam pozostało tylko za tym podążać. Wystarczy tylko przypilnować, żeby złapała to kamera. No i środowisko nurkowe jest dla filmu o tyle wygodne, że dużo rzeczy jest powtarzalnych, trzeba wykonać wiele prób i szczegółowo się przygotować przed każdym nurkowaniem, więc dla nas to po prostu idealna sytuacja. Nurkowanie można przewidzieć, bo jest zaplanowane. I nie na potrzeby filmowców, tylko taka jest specyfika tego sportu, która nam sprzyjała.


© mat. pras.

Dawid Ogrodnik jako Tomasz Beksiński

A jak to wyglądało przy „Ostatniej Rodzinie”?

Zależało nam na tym, żeby w maksymalny sposób oddać prawdziwie to, co się dało. Każda scena jest poparta dokładną dokumentacją, co jest konieczne, bo Beksińscy to chyba najlepiej udokumentowana rodzina w historii świata. Oni wszystko zapisywali lub nagrywali, są setki listów, maili, itd. Wystarczy wpisać „Beksińscy” na YouTube i po kilku minutach mamy kilka nagrań.

Dodatkowo, jedna z pierwszych decyzji, którą podjęliśmy przy produkcji, dotyczyła mieszkań – rodziców i Tomka – że konieczne jest zbudowanie ich od podstaw. Szczególnie, że bardzo duża część filmu się w nich dzieje. To też miały być długie ujęcia, które opowiadają o kilku postaciach naraz, więc inscenizacja musiała w takim wypadku być perfekcyjna. Nie mogło być ściemy. Zrobiliśmy nawet komputerowy rzut 3d tych mieszkań. Dzięki temu wiedzieliśmy, gdzie musimy zrobić przesuwane ściany, gdzie postawimy kamerę, itd. Chodziło o bardzo dużą świadomość tego, co robimy.

Ostatnia scena filmu jest bardzo dosłowna i przejmująca. Skąd taka decyzja?

Dosłowna, ale jest w niej też trochę metafory. To jest niejako spełnienie marzenia Zdzisława Beksińskiego, o którym mówi w pierwszej scenie filmu. Ale żeby nie zdradzać widzom zbyt wiele, powiem tylko, że gdybyśmy zrobili to inaczej, to poszlibyśmy w ten nurt niedopowiedzeń i mistycyzmów narosłych wokół tej sprawy, a tego – jak już mówiłem wcześniej – bardzo nie chcieliśmy.


© mat. pras.

Kadr z filmu

Jeśli chodzi o aktorów, to nie można nazwać ich kreacji w tym filmie inaczej niż „genialne”. Trudno uwierzyć, że tak sprawne poprowadzenie postaci jest możliwe przy debiucie.

Jeśli chodzi o wybór nazwiska do roli Zdzisława Beksińskiego, to Andrzej Seweryn był dla mnie aktorem, który spełniał większość moich wyobrażeń – czyli odpowiedni wiek, bo lepiej kogoś odmładzać na potrzeby pierwszych scen, niż postarzać do drugiej połowy filmu i ma odpowiednio rozszerzony warsztat aktorski. W tym wypadku jest to doświadczenie i warsztat związany z zupełnie innym systemem pracy, ale postanowiłem zaryzykować, a Andrzej cudownie mnie zaskoczył, potrafiąc cały swój dorobek odłożyć na bok i skupić się na moich instrukcjach. Mimo że jestem o wiele młodszy i tego doświadczenia mam o wiele mniej od niego, to mi zaufał. Zależało mi, żeby był to aktor z ogromną charyzmą i osobowością, ale jednocześnie podchodzący z dystansem do swoich dokonań, dający się poprowadzić. Andrzej Seweryn się na to zdobył, za co ogromnie go szanuję. Udało nam się wypracować wyjątkową relację. Wydaje mi się zresztą, że to widać na ekranie.

Dawid Ogrodnik zaskakuje i podnosi poprzeczkę aktorskich umiejętności w każdym kolejnym filmie, ale tutaj przeszedł chyba samego siebie. Jest niemal klonem Tomasza Beksińskiego. W czasie seansu aż przechodzą ciarki, sprawił, że Tomek z martwych wstaje na ekranie.

Przeprowadziliśmy szeroki casting, żeby sprawdzić, jakie mamy możliwości w temacie aktorów. Dawid od samego początku wydawał się naturalnym kandydatem do tej roli, niemniej woleliśmy sprawdzić przez negację, że to najlepszy wybór i tak się stało. Wszystkie role w tym filmie są efektem prawie roku pracy nad postacią. Bardzo ważnym elementem były materiały archiwalne, do których mieliśmy dostęp w zasadzie w nieograniczonym stopniu.

Każda osoba z tej trójki pracuje inaczej, bo wywodzi się z innego środowiska, z innego czasu. Mają zupełnie inne doświadczenia. Inaczej wyglądają ich przygotowania do roli. Dawid poświęca się postaci całkowicie, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Wiem, że stał się niemal stalkerem ludzi w radiowej Trójce, spędził tam mnóstwo czasu, próbował też umawiać się na rozmowy z dziewczynami Tomka. W końcu mówi też tym samym tonem głosu. No ale ostatecznie to jest właśnie jego praca (śmiech). To po prostu odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Ale to, że zrobił to tak dobrze, może być też problemem.


© mat. pras.

Dawid Ogrodnik i Andrzej Seweryn w "Ostatniej rodzinie"

Dlaczego?

Bo o ile wizerunek Zdzisława jest mniej więcej zgodny z tym, co ukazywało się o nim w mediach, o tyle z wizerunkiem Tomka był problem. Bo do książki Magdaleny Grzebałkowskiej („Beksińscy. Portret Podwójny” - przyp. red.) nikt nie wiedział, że on był aż tak zwariowany. Wszyscy myśleli, że to ten spokojny radiowy głos, a samobójstwo to tylko wynik smutniejszej chwili w jego życiu. Dzięki książce i reportażowi Tochmana (Wojciech Tochman - reporter - przyp. red.) Tomek wyszedł trochę z tego cienia, a w „Ostatniej Rodzinie” staje w dość ostrym świetle, co może pewnie wzbudzić trochę kontrowersji. Natomiast myślę, że ta postać oddaje bardzo dobrze ducha młodych ludzi, którzy teraz, mając wszystko, są totalnie zagubieni. Nie mają w zasadzie żadnych punktów odniesienia.

Nie zapominajmy także o pani Aleksandrze Koniecznej, która w pełni dotrzymuje aktorskiego kroku swoim ekranowym partnerom.

Absolutnie tak. Poza tym jak Ola przyszła na casting, to od razu zdecydowanie się wybiła na tle innych i na etapie produkcji już tylko się utwierdzaliśmy w przekonaniu, że jej wybór to strzał w dziesiątkę. Przy szukaniu aktorów nie chodziło mi o to, żeby znaleźć pojedyncze postacie, tylko żeby znaleźć rodzinę. Siła nie polega na tym, że Andrzej Seweryn gra inaczej niż do tej pory, tylko na tym, że oni są w tym razem. Wytwarzają energię, której wcześniej w znanym mi polskim kinie nie było. A jak pojawia się w tym wszystkim jeszcze Andrzej Chyra, to dzieje się magia. Uwielbiam scenę, w której Piotr Dmochowski pojawia się w życiu Beksińskich po raz pierwszy.


© Piotr Hukalo /Polska Press

Od lewej: Dawid Ogrodnik, Aleksandra Konieczna, Andrzej Seweryn i Jan P. Matuszyński na festiwalu w Gdyni

Na film, poza wybitną grą aktorów, składa się także imponująca scenografia. Podeszliście do sprawy bardzo pieczołowicie.

Przywiązuję dużą wagę do preprodukcji, czyli momentu, w którym konstruuje się film przed zdjęciami. Potem na planie już tylko realizujemy pewnych rzeczy, które są przygotowane wcześniej. Stawiam na ścisłą współpracę ze scenografką, montażystą i operatorem. Nie tylko stworzyliśmy scenopis, ale zrobiliśmy także storyboardy do całego filmu, z których następnie zmontowaliśmy niemal cały obraz, z głosem aktorów czytających scenariusz. Więc można powiedzieć, że mieliśmy ten film „gotowy” na trzy miesiące przed pierwszym klapsem. I jego finalny wygląd nie odbiega za bardzo od tych przygotowań. A co do samej scenografii – tak jak wspominałem, zbudowaliśmy mieszkania na podstawie tego, co widać na nagraniach Zdzisława. A nasza scenografka właściwie każdy dzień zaczynała od grzebania w śmietnikach i sklepach ze starociami. Często to była jedyna droga do znalezienia tych rzeczy (śmiech).

Film został doceniony na Festiwalu Filmowym w Locarno, gdzie od razu trafił do konkursu głównego. Spodziewasz się po nim dużych sukcesów?

Chcę, żeby mój film zobaczyło jak najwięcej ludzi i żeby zebrać jak najwięcej opinii. Ale nagrody są tylko ukoronowaniem pracy całej ekipy.



Plakat z filmu

Interesujesz się malarstwem?

Przez ostatnie dwa lata siedziałem tylko i wyłącznie w „Ostatniej Rodzinie”, więc już ledwo mogę patrzeć na obrazy Beksińskiego. Niestety, ta robota pochłania tak dużo czasu, że trudno zająć się czymkolwiek innym. Nawet trudno mi chodzić do kina. Po raz pierwszy byłem w kinie mając cztery lata. Od tego czasu zawsze oglądałem bardzo dużo filmów i jedną z bolączek przy mojej pracy jest to, że robiąc film, w zasadzie nie ma możliwości, żeby oglądać cokolwiek innego. Tak po prostu, dla przyjemności. I tak samo mam z każdą inna dziedziną sztuki. Tęsknię za czasami sprzed szkoły filmowej, bo wtedy jeszcze tak wszystkiego nie analizowałem jak teraz. Chciałbym spojrzeć na film jak normalny widz. Ostatnio nawet pomyślałem, że bardzo wszystkim zazdroszczę, że zobaczą „Ostatnią Rodzinę” dopiero jako skończony film.

Co było dla Ciebie najbardziej fascynujące w historii Beksińskich?

Nie ma jednej takiej rzeczy. Tego jest mnóstwo. Na przykład chciałem zrozumieć, jak to jest na co dzień żyć wśród tych obrazów, które z pewnością mocno oddziałują na ludzi. I jak to się stało, że to codzienne życie było ostatecznie tak bardzo zwykłe. I jeszcze... mógłbym wymieniać pewnie przez najbliższe parę dni.


Rozmawiała Karolina Kowalska, dziennikarka warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: Piotr Hukalo /Polska Press

Jan P. Matuszyński (rocznik 1984) – reżyser filmów fabularnych i dokumentalnych. Studiował reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Za dokument "Deep Love" w 2014 roku otrzymał nagrodę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Moskwie. "Ostatnia rodzina" jest jego debiutem fabularnym. Film zdobył Złote Lwy na festiwalu w Gdyni. Nagrodzono również role Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej.

Komentarze (1)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Wiedźma (gość)

Dziś widziałam "Ostatnią rodzinę" w kinie... ciężko jest mi znaleźć odpowiednie epitety, dość powiedzieć, że REWELACJA to zdecydowanie zbyt mało. Od dłuższego czasu interesowałam się Beksińskimi, byłam kilkukrotnie w sanockim muzeum, czytałam książki - biografie, o których p. Matuszyński wspomina. I po wyjściu z kina stwierdziliśmy zgodnie (ja i mój mąż), że czuliśmy się, jakbyśmy byli na filmie dokumentalnym, a nie fabularnym. I to jest komplement - mamy wrażenie, że nie oglądaliśmy filmu, lecz podglądaliśmy: panią Zofię i jej Zdziska, ekscentrycznego i nieszczęśliwego Tomasza, dwie babcie. To niewiarygodne, jak bardzo aktorzy mogą stać się postaciami, które grają - aktorstwo i artyzm najwyższej klasy. I jeszcze jedno - wyszliśmy z kina przeświadczeni, że prawdziwy geniusz - artysta (i Tomasz, i Zdzisław) musi być trochę szalony, zwariowany, surrealistyczny, czasem nieco autystyczny.
Nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na bilety, a te dwie godziny spędzone w konie uważam za wyjątkowo udane. Dziękuję i proszę o więcej. To naprawdę jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam.