Autor: Kinga Czernichowska

2016-09-02, Aktualizacja: 2016-09-02 12:23

Włodek Markowicz: Niektórzy mówią, że zwariowałem

Włodek Markowicz to jeden z najbardziej rozpoznawalnych youtuberów w Polsce. Ma na swoim koncie m. in. dwie nagrody Grand Video Awards 2015 magazynu "Press". Wcześniej znany głównie jako współtwórca popularnego kanału "Lekko Stronniczy", dzisiaj prowadzi własnego vloga, jest też autorem książki "Kropki", w której wyjaśnia własną filozofię życia. Kim naprawdę jest youtuber, który wcześniej w dość prześmiewczy i ironiczny sposób komentował otaczającą nas rzeczywistość, a który w swojej książce niejednokrotnie pisze o walce z depresją i wrażliwości? Próbowaliśmy się tego dowiedzieć.

"Coś, co zaczynasz zauważać, jak dorastasz, to to, jak wszystko jest ze sobą połączone. (...) Świat to tylko nieskończona ilość kropek i każda z nich jest ze sobą połączona. Człowiek ma tę niesamowitą umiejętność łączenia faktów. Widzi A, widzi B. Zastanawia się, czy A jest połączone z B. Albo czy A może być połączone z B. I jakimś cudem z tej niesamowitej umiejętności korzystamy tak rzadko" - mówi Włodek Markowicz w filmie "Kropki", który ma już 1,5 mln wyświetleń na YouTubie.

Internauci, którzy obejrzeli film, zapewne zaczęli się zastanawiać, o co chodzi z tymi "kropkami"? W największym uproszczeniu o to, że są pewne wydarzenia w życiu, które nas zmieniają. Często na początku, zderzając się z nimi, traktujemy je jako porażki. Z czasem okazuje się, że to właśnie te wydarzenia doprowadziły nas do miejsca, do którego mieliśmy dotrzeć. Ktoś może nazwać to przeznaczeniem, ktoś inny "łączeniem kropek".

Włodek Markowicz z filmu i książki "Kropki" to zupełnie inny człowiek niż ten, którego znaliśmy z "Lekko Stronniczych". - Zrzuciłem maskę - mówi w rozmowie z nami. Z youtuberem rozmawialiśmy m. in. o tej przemianie.

Kiedy zacząłeś łączyć "kropki"?

Zależy, co przez to rozumiemy. Jeśli mówimy o odkrywaniu siebie, to na pewno był to proces. Proces, o którym zadecydowały pewne punkty zwrotne, ale nie jestem w stanie ich wypunktować. To zupełnie normalne zjawisko, kiedy w okolicach trzydziestki zadajemy sobie takie pytania, jak: „kim jestem?” albo „co jest dla mnie ważne?”


© fotoblysk.com



Ale czy to na pewno proces? Może "kropki" zaczynamy łączyć pod wpływem konkretnych wydarzeń: rozstania, utraty pracy, choroby itp.

Oczywiście, że duży wpływ na nasz sposób postrzegania świata mają pewne znaczące, bo nie chciałbym tu używać słowa "traumatyczne", wydarzenia w życiu. Ale zmiana nie przychodzi od razu, potrzeba refleksji, dlatego przychylałbym się jednak do stwierdzenia, że jest to proces.
W moim przypadku decydujący okazał się moment, kiedy uświadomiłem sobie, że nie jestem do końca sobą. W teorii było okej: popularny kanał, są ludzie, którzy chcą to oglądać, zarabiam pieniądze, stać mnie. W rzeczywistości jednak czułem wewnętrzne rozdarcie. Ludzie Cię widzą w określony sposób, mają jakąś wizję Ciebie, a Ty jesteś przecież inny - tak czułem.


Tworzenie kanału "Lekko Stronniczy" odbierało Ci autentyczność?

Nie chciałbym zrzucać winy na YouTube, bo tak się dzieje wszędzie, również w telewizji, prasie, kinematografii. Tymczasem to właśnie autentyczność jest jedną z rzeczy, o które powinniśmy dbać w pierwszej kolejności. Problem polega na tym, że chcąc być autentycznym, trzeba wiedzieć, kim się jest i co ci się nie podoba. To z kolei wymaga asertywności. I to jest właśnie trudne: umieć powiedzieć "nie". Kiedy współtworzyłem kanał "Lekko Stronniczy", jeszcze siebie na tyle nie znałem. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie zaczęli się utożsamiać z tym, kim są w rzeczywistości. Byłoby pewnie trochę mniej fałszu i hipokryzji. Jest to jednak niezmiernie trudne, dlatego nie można tego od nikogo wymagać.


© fotoblysk.com



Artyści niejednokrotnie zmieniają swój image. Nie sądzisz, że ta autentyczność, o której rozmawiamy, to cecha tzw. ludzi o artystycznych, wrażliwych duszach?

Chcę raczej wierzyć, że w każdym człowieku jest coś takiego, co ty nazywasz artystyczną duszą. Po prostu nie każdy ma z tym kontakt i wydobycie tego zajmuje mu trochę więcej czasu.

Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że taka radykalna zmiana - i nie ma znaczenia, czy mówimy o muzykach, pisarzach czy vlogerach - może wywołać szok u odbiorców? Ci, którzy oglądali "Lekko Stronniczy", mogą powiedzieć: "Włodek zwariował".

Ale przecież niektórzy już tak mówią. Mówi tak co dziesiąty, a może co drugi internauta. Nie wiem, trudno tu o jakieś statystyki. Dla mnie to była zwykła kalkulacja. Musiałem zastanowić się, co mi się bardziej opłaca. I wyszło mi, że nie warto przejmować się tym, co pomyślą ludzie, mnie zależało na spójności wewnętrznej. Na tym, bym czuł się dobrze sam ze sobą. Myślimy o tym, co zrobić, by zadowolić innych, spełnić ich oczekiwania wobec nas. Oczywiście, wynika to z potrzeby akceptacji, ale w gruncie rzeczy doprowadza nas do sytuacji, gdy nie jesteśmy naprawdę sobą. Zakładamy maski.

Pisząc tę książkę, bardzo mocno się odsłoniłeś. Opowiedziałeś w niej o rzeczach, o których nikt prawie nie wiedział. Niektórzy pewnie posądzą Cię o ekshibicjonizm. Nie bałeś się takich reakcji czytelników?

Jeżeli ktoś ma mnie nie lubić tylko dlatego, że zdjąłem maskę i się przed ludźmi odkryłem, to ma prawo mnie nie lubić.

Jaka jest Twoja recepta na autentyczność?

Wiesz dobrze, że nie ma takiej recepty. Trzeba po prostu przejść swoją drogę. Nikt nigdy nie będzie doskonały. Możemy podczas tej drogi pewne rzeczy naprawiać, ale życie to przecież ciągła zmiana. Pisałem w książce o swojej perspektywie na ten moment, ale nie znaczy to wcale, że znam jakąś prawdę objawioną i chcę nawracać na nią ludzi.



W swojej książce namawiasz innych do pisania. Choćby do szuflady. Pisanie jest Twoim zdaniem autoterapeutyczne?

Tak, to prawda. Pisanie może być rodzajem autoterapii. Chodzi o to, by wyłączyć w sobie mechanizm wypierania pewnych rzeczy ze świadomości. A pisanie daje nam taką możliwość. Zwykle jest tak, że gdy cierpimy, przechodzimy przez jakiś trudny okres, to chcemy jak najszybciej zapomnieć o powodach tego cierpienia. Paradoksalnie jednak przez to jeszcze intensywniej o nich myślimy.


© fotoblysk.com



W takim razie po co książka? Zgodnie z tym, o czym teraz mówisz, czytelnik, który nie ma za sobą jakichś trudnych doświadczeń, nie pojmie, jak łączyć "kropki".

Co komuś może dać ta książka? Nie wiem, ale wcale nie chcę nikomu mówić, jak ma żyć. Napisałem ją, bo chciałem się podzielić swoim doświadczeniem. Książki są po to, by dostrzegać w nich analogie. Jeżeli taką analogię dostrzegasz, przestajesz czuć się samotny/samotna ze swoimi problemami. Widzisz, że ktoś przeżył coś podobnego i myślisz sobie: "Tak, to jest to, co czułem. Skoro ktoś przez to przeszedł i idzie dalej, to znaczy, że mi się też uda". To dodaje siły.

Niektórzy zarzucą Ci pewnie, że sporo w tym coachingu.

Nie czuję się coachem, ani nie chcę nim być. Najlepsi coachowie to ci, którzy nie są coachami i opisują świat w oparciu o własne, trudne doświadczenia. Jest nawet takie powiedzenie: "Ci, którzy mogą, to robią. Ci, którzy nie mogą, uczą".

Liczysz na to, że ktoś odnajdzie w "Kropkach" analogie do swojego życia. A Ty gdzie tych analogii szukałeś, kto Cię inspirował?

Inspirują mnie ludzie. Muszę kogoś widzieć i posłuchać, jak mówi. Choćby obejrzeć na YouTubie film z jego udziałem. Myślę, że ostatnio największy wpływ wywarł na mnie Brandon Stanton, twórca projektu Humans of New York i dawno temu znana postać internetu - Gary Vaynerchuk. Sądzę, że nawet pod wpływem tego ostatniego chciałem tworzyć "Lekko Stronniczych".

Skoro nie książki, to na pewno muzyka. W "Kropkach" odnajdziemy nawet playlistę, która towarzyszyła Ci podczas pisania. To Twoje ulubione zespoły?

Mam przeogromny zakres zespołów, których lubię słuchać. Ale masz rację, muzyka jest ważną częścią mojego życia, a co najmniej od roku ogromną rolę przypisuję także tekstom piosenek. Kiedyś nie zwracałem na nie uwagi, teraz już tak. Nie potrafiłbym wymienić ulubionych zespołów, bo jest ich naprawdę dużo, ale dla przykładu: Radiohead, Korn, Bob Dylan, Kendrick Lamar, Placebo, Pearl Jam, Taco Hemingway... Za to mogę się przyznać, że lubię słuchać refleksyjnej muzyki. Takiej, która coś wnosi i daje do myślenia. I którą w jakiś sposób mogę do siebie odnieść.

Czyli znów zatrzymujemy się na szukaniu analogii. Może to sposób radzenia sobie z depresją? O niej także piszesz w "Kropkach".

Nie sądzę, by "Kropki" mogły pomóc komuś w wyleczeniu się z depresji czy pokonaniu jakichś stanów depresyjnych, bo "depresja" to dość mocne słowo. Czasem trudno jest określić, czy dotyka nas depresja, chandra czy zwykły dół. Gdybym mógł komuś pomóc tą książką, to oczywiście byłbym szczęśliwy. Wydaje mi się jednak, że każdy tę drogę musi pokonać sam. Nawet specjaliści, psychoterapeuci, do których ludzie coraz częściej zwracają się po pomoc, nie są w stanie tego z nami przepracować. Oni tylko zwracają nam uwagę na coś, czego my sami nie potrafimy zauważyć. Nie powiedzą nam, co jest z nami nie tak, a przecież najczęściej zwracamy się do terapeuty, szukając odpowiedzi właśnie na to pytanie. Trzeba przejść tę drogę samemu, dojść do pewnych wniosków.


© fotoblysk.com



Ale wciąż pokutuje przekonanie, że do wizyt u psychoterapeuty lepiej się nie przyznawać.

Wydaje mi się, że i tak jest znacznie lepiej niż kilka dekad temu. Nasi rodzice czy dziadkowie straszyliby nas pewnie "żółtymi papierami", dziś na terapię chodzi się zdecydowanie częściej. Oczywiście w dalszym ciągu spotykamy się z niezrozumieniem dla tego zjawiska, ale zachęcałbym wszystkich do nieoceniania tych, którzy z odwagą decydują się na ten krok. Oni po prostu szukają sensu życia, odpowiedzi na pytania i chcą poznać samych siebie.

A gdyby ktoś Ci powiedział przed wydaniem "Kropek", że ta książka to zły pomysł, beznadziejny? Przecież w gruncie rzeczy szukamy u innych zrozumienia.

O tym, co zawiera książka, wiedziała tylko moja żona, Monika. Była jedyną osobą, która znała jej treść przed wysłaniem do wydawnictwa. Ale nawet gdyby było inaczej, to po prostu trzeba mieć to w d**ie. Oczywiście, trudno mieć zdanie innych ludzi w d**ie, mając jednocześnie ogromną potrzebę akceptacji. Najprostszy sposób na poradzenie sobie z tym, to zająć się własnymi sprawami, po prostu robić swoje. Robić dokładnie to, co się czuje, nie zważając na opinie innych. Cała reszta świata może uznać, że coś jest głupie lub beznadziejne, ludzie wydają wyroki i osądzają. I tak powstaje wiele wersji prawd o nas samych. Ale to Ty znasz siebie najlepiej. I tylko Ty wiesz, czego Ci potrzeba, by żyć w zgodzie z samym sobą.



Może winą za brak zrozumienia dla samych siebie powinniśmy obarczyć system edukacji?

Oczywiście moglibyśmy narzekać teraz, jak jest źle i podważać sens reform oświaty. Były gimnazja, nie ma gimnazjów. Ale szkoła nie ma z tym wiele wspólnego. Najwięcej leży w rękach rodziców i nauczycieli, a ci wychowywani byli w innym systemie. Systemie, w którym nie przykładało się tak dużej wagi do emocjonalności, bo były inne, bardziej przyziemne problemy. To właśnie dlatego ludzie z pokolenia naszych rodziców czy dziadków przestrzegają nas przed wizytami u terapeutów. Wtedy ludzie, którzy sięgali po taką pomoc, naprawdę byli uznawani za wariatów. Dla nich bylibyśmy już straceni.

Co więc możemy zrobić, by szesnastolatek mógł szybciej zrozumieć samego siebie? Nie blokować go. Pozwolić mu się rozwijać w sposób, który dla niego jest naturalny. Starsi mogą tylko zostawiać po sobie "okruszki", o czym piszę w "Kropkach".


Czym są te "okruszki"?

Wskazówkami, znakami, szczerością, a nie narzuconą wersją prawdy.

A tej autentyczności nie odbiera nam Internet? Wrzucamy zdjęcia, na których jesteśmy najlepszą wersją siebie, ale nieczęsto pokazujemy się takimi, jakimi jesteśmy w rzeczywistości. W książce napisałeś, że Twoi rodzice mieli znacznie więcej zdjęć niż Ty na swoim profilu na Instagramie. I to były zdjęcia odarte z fałszu. Poprzednie pokolenia miały łatwiej?


© fotoblysk.com



Ale ta autentyczność to nie tylko kwestia zdjęć, które publikujemy w mediach społecznościowych.

Wiem, to tylko przykład.

Trudno powiedzieć, czy poprzednie pokolenia miały łatwiej. Nasi rodzice żyli w innej rzeczywistości, nie mieli tego rozdarcia między światem wirtualnym a realnym, bo wirtualnego po prostu nie było. I kiedy zajrzałem do rodzinnej szuflady, to rzeczywiście znalazłem setki zdjęć wykonanych w trywialnych sytuacjach, choćby tak na co dzień, w kuchni. Oni fotografowali dosłownie wszystko! Nie pozowali, ani nie robili sobie selfie. Dzisiaj musisz pokazać się z jak najlepszej strony, bo wiesz, że będziesz porównywał się do innych.

Będzie następna książka? Dalszy ciąg łączenia "kropek"?

Dostałem od wydawnictwa propozycję napisania kolejnej książki, ale odmówiłem. Nie wykluczam, że kiedyś coś jeszcze napiszę, ale już niekoniecznie o tym, jak łączyłem "kropki". Chcę się dzielić tym, co sam zrozumiałem. Na razie chyba potrzebuję trochę czasu, by znów zająć się pisaniem.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała Kinga Czernichowska, dziennikarka gazetawroclawska.pl i naszemiasto.pl

zdjęcia: fotoblysk.com

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!